Lizbona
Istnieją takie miejsca, w których nie chciałbym mieszkać na stałe. Nie dlatego że jest coś z nimi nie tak. Wręcz przeciwnie, są dla mnie jedyne w swoim rodzaju. Tylko, że mieszkając w nich nie mógłbym do nich wyjeżdżać, kiedy czuję, że w moim życiu wydarzyło się na tyle dużo, że najwyższy czas pobyć trochę ze sobą i pozbierać myśli. Jednym z takich miejsc jest dla mnie Lizbona.
Za pierwszym razem do Lizbony nie przyleciałem, tylko przyszedłem pieszo. Była celem mojej kilkutygodniowej wędrówki, którą rozpocząłem pod koniec sierpnia 2014 roku w Faro. Szedłem wzdłuż portugalskiego wybrzeża, po drodze mijając zatłoczone przez turystów kurorty, pustkowia, doświadczając niezwykłych spotkań i przypadków.
Gdy dotarłem do Lizbony i zatrzymałem się w tanim hostelu przy Praça dos Restauradores, poczułem niespodziewany przypływ radości. Nie cieszyłem się bynajmniej z kresu wędrówki (z tym akurat ciężko było mi się pogodzić, więc przyrzekłem sobie, że pewnego dnia wrócę do Lizbony i ruszę w dalszy marsz). Moje ówczesne samopoczucie powiązałem z zachwytem miastem, z którym poczułem połączenie. Choć sama Lizbona różniła się od mojego wyobrażenia, które zbudowałem na “Lisbon Story” Wendersa i mojej tęsknocie za Brazylią, było w niej coś wyjątkowego. Postanowiłem, że będę do niej wracać.
Nie czekałem długo. Kolejny raz odwiedziłem Lizbonę już kilka miesięcy później, kiedy niespodziewanie życie wepchnęło mnie w miejsce, w którym nie widziałem możliwości ruchu. Nie potrafiłem pogodzić się z myślą o uzależnieniu mojego bliskiego kolegi, a jeszcze bardziej z tym, że nie mogę mu pomóc. Pamiętam, jak zaraz na początku stycznia 2015 szedłem przez centrum Gliwic i kompletnie nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem do lokalnego biura podróży i wyszedłem z biletem do Lizbony. Wieczorem byłem już w samolocie. Na miejscu odnalazłem spokój.
Lizbona stała się dla mnie jednym z najbliższych mi miejsc, do których pokochałem wracać. Sama przez lata zmieniała się i z czasem przestała przypominać mi miasto, które po raz pierwszy zobaczyłem w 2014 roku. Jednak nigdy nie szukałem w niej stałości. Szukałem przestrzeni, żeby uporządkować własne myśli. A że jest bardzo rozległa, to za każdym razem jak ją odwiedzam, mogę po niej godzinami spacerować i myśleć. W szczególności uwielbiam trasę pomiędzy Praça do Comércio, a dzielnicą Belém, która poprowadzona jest wzdłuż rzeki Tag. Nie potrafię policzyć, ile razy tamtędy szedłem.
W 2024 roku zrealizowałem swój plan z 2014 roku i przyjechałem do Lizbony, aby wyruszyć w pieszą podróż, którą około 5 tygodni później zakończyłem w prowincji A Coruña w hiszpańskiej Galicji (była to druga próba przebycia tej trasy, bo pierwszą pokrzyżowała pandemia Covid-19 w 2020). Historia tej podróży wymaga jednak osobnego wpisu, bądź nawet kilku.
Nie ma co udawać, że rok 2025 był dla mnie łatwy. Nie był. Może za jakiś czas będę o nim myśleć, jako o tym, który mnie zmienił i pozwolił mi coś ważnego przeżyć i zrozumieć. Teraz jednak nie czas na popędzanie wniosków i szycie prostych wyjaśnień dla złożonych życiowych historii.
Lizbona znowu na moment przyniosła mi wytchnienie.
Poeta znaczy symulant.
Tak w udawaniu celuje,
Że udaje nawet, iż bólem
Jest ból, który naprawdę czuje.A czytelnicy wiersza
W czytanym bólu widzą znak
Nie tych dwóch, które miał poeta,
Lecz tego jednego, którego im brak.I tak sobie krąży po torach,
Rozum nasz śmiesząc wielce,
Ta kolej zabawkowa,
Której na imię serce.– Fernando Pessoa, Autopsychografia
Przełożył: Michał Lipszyc

Porter najsłynniejszego portugalskiego poety Fernando Pessoi znajdujący się we wnętrzu kawiarni Cafe Bertrand, przy Livraria Bertrand Chiado – najstarszej księgarni na świecie (zał. 1732 roku), do której bardzo często przychodził Pessoa. Autor zdjęcia: Paweł „Nowy” Nowak (2026)

Dzięki wsparciu czytelniczek i czytelników mogę przeznaczać więcej czasu na research i samodzielne pisanie artykułów na ten blog. Jeśli publikowane tutaj treści są dla Ciebie wartościowe, dorzuć symboliczną cegiełkę do mojej pracy. Dziękuję!